wtorek, 24 lipca 2012

Chan Tengri (Khan Tengri) 2012 - strona południowa.


             
          Aż do 1974 roku zwyczajową klasyczną drogą wejściową była droga południową stroną, mimo że wejście na Zachodnią Przełęcz było narażone na lawiny seraków. Obecnie bardziej popularne i znacznie bezpieczniejsze jest wejście na tą przełęcz od północy przez Pik Czapajewa.
"Jak zdobyć najpiękniejsze góry świata" red. A. Salkeld

     23.07.  Samolot do Bishkeku ma opóźniony wylot. Tym razem lecę nie przez Moskwę, a przez Stambuł.  Bilet udało się kupić w promocji, o wiele taniej jak w Aerofłocie, a i Turkish Airlines to trochę też wyższy standard.
Po przylocie, jeszcze na lotnisku w Manas wykupuję wizę. Jest ważna tylko przez miesiąc, a że mam tu być czterdzieści trzy dni to będę musiał ją przedłużyć. Później się okazuje, że dla czterdziestu czterech państw, w tym Polski, wizy zostają zniesione.
Fajnie, tylko dlaczego nie kilka dni wcześniej :)?
Biorę szybko taksówkę, szybko spada też jej wyśrubowana cena za przejazd do Bishkeku. Jadę do Tien Shan Travel, agencji  z której usług korzystałem już na poprzedniej wyprawie. Są dosyć elastyczni jeżeli chodzi o ceny pakietów. Tym razem też udaje mi się coś utargować. Mam wykupiony pełny pakiet, taki był warunek Władimira kiedy napisałem mu w mailu o moim solowym projekcie i przewidywanym czasie trwania wyprawy, tj. już po zamknięciu bazy przez Tien Shan Travel, miałbym wtedy przejść do Ak Sai Travel która jest dłużej czynna bo do końca sierpnia.
 Nie było łatwo zaakceptować taki skok kosztów, planowałem wykupienie małego pakietu z przelotem tylko na lodowiec, powrót; przelot lub treking, uzależniałem od czasu jaki mi pozostanie po zejściu z Pobiedy oraz zdrowia. Dostałem jednak na całość dobry rabat i jakoś poszło, dogadałem się też w sprawie ewentualnego powrotu trekingiem zamiast śmigłowca; kiedy tak by się stało pieniądze za nie wykorzystany przelot miały być mi zwrócone. To był dla mnie dobry układ.
 Po drodze jeszcze ostatnie zakupy i już jestem pod bramą agencji. Niestety muszę czekać na Władimira, szefa Tien Shan Travel, z którym muszę jeszcze dogadać ostatnie formalności; transport, opłaty i serwis bazowy. Jako bonus dostaję piękną pocztówkę z Pikiem Pobiedy i większy limit bagażu na helikopter. Mam teraz możliwość zabrania aż pięćdziesięciu kilogramów, zamiast standardowych trzydziestu. Za każdy dodatkowy kilogram trzeba dopłacać sporo bo dwa euro, jednak mnie już to na szczęście nie dotyczy.
           Jeszcze tego samego dnia łapię busa jadącego do Karakol. Po drodze telefonuję do Nadieżdy Michajłownej u której zatrzymywałem się na kwaterze poprzednim razem, i umawiam się na kolejną wizytę.
Następnego dnia muszę znaleźć jakiś transport do Karkary, skąd będzie czekał mnie jeszcze lot helikopterem do bazy na lodowiec. 
W poszukiwaniach trafiam do agencji Turkestan Travel, gdzie umawiam się na przejazd  za 25 euro wygodnym samochodem terenowym. Ku mojemu zdziwieniu spotykam tutaj też kolegę z Polski. Światosław będzie prowadził kilkuosobową grupę trekerów, m.in. też do południowej bazy pod Chanem, a więc prawdopodobnie jeszcze się spotkamy.
26.07.   Kiedy przyjeżdżamy do Karkary śmigłowiec już czeka, ale czy lot odbędzie się zależy głównie od pogody. 
Chan Tengri widziany z bazy.
Stoi gotowy do załadunku sprzętu i ludzi, jednak czekam jeszcze kilka ładnych godzin ponieważ pierwszy lot odbędzie się tylko na północną stronę a potem psuje się pogoda w okolicach lodowca i niestety maszyna musi czekać na jej poprawę.
W końcu daje się słyszeć charakterystyczny odgłos śmigła. Po pewnym czasie lecimy, moje plecaki poleciały pierwszym lotem i mają już tam na mnie czekać, mam nadzieję że tak się stało a nie przez pomyłkę ktoś wyrzucił je w północnej bazie. Zapakowany sprzętem i ludźmi jest dosyć niemrawy w powietrzu ale po około trzydziestu minutach lądujemy w bazie Ak-Sai Travel. Plecaki czekają, ale jak by nie te. Wyglądają jak by zmieniły zupełnie kolor, początkowo nie mogę ich nawet rozpoznać.
 Pęd powietrza spod śmigła wbił w materiał szary lodowcowy pył.
Tymczasem czeka mnie jeszcze prawie godzinny spacerek z czterdziestokilogramowym bagażem  do obozu bazowego Tien Shan Travel
Wrak helikoptera w pobliżu bazy.
Po drodze mijam szczątki jednego z trzech roztrzaskanych śmigłowców, które leżą w okolicy.
W bazie mam pełny pakiet który oznaczał trzy posiłki dziennie, wygodny namiot z oświetleniem elektrycznym i możliwość korzystania z bani czyli obozowej sauny.Niestety brak jest tylko możliwości skorzystania z internetu. Bazę obsługują cztery osoby a wszystkim zawiaduje Sasza, który jest tu co roku, od początków założenia bazy Tien Shan Travel.

27.07. Jest dobrze; pierwsza noc na 4100 mija bez najmniejszego bólu głowy, jest za to dobra zadyszka, ale to minie. Normalny objaw.
28.07 Tego dnia budzę się około szóstej rano. Jest jeszcze zimno i wcale nie muszę wstawać, ale przez dwa dni nie myłem zębów i śniło mi się że wypadł mi jeden. Ogromny taki, więc chociaż na zewnątrz było -6'C to poszedłem się umyć.
 Było ładnie dookoła, przez noc zrobiło się biało. Okoliczne szczyty były już ładnie oświetlone a okolice bazy dopiero zaczynało. Temperatura szybko podniosła się i paru godzinach zaczęło odczuwać się już normalne na tej wysokości piekące promienie.
Tego samego dnia pakuję plecak. Mam zamiar wyjść dzisiaj do jedynki. Jest nie daleko.
Zabieram się zaraz po obiedzie. Droga ogólnie jest łagodna, prowadzi przez lodowiec, bez męczących podejść które zawsze dają w kość kiedy nie ma się jeszcze odpowiedniej aklimatyzacji. Najpierw idzie się moreną boczną po luźnych zwałach kamieni, następnie przez lodowiec. Idzie  się bardzo dobrze, jedynym problemem jest początek wejścia na lodowiec gdzie trzeba trochę kluczyć i obchodzić strumienie i szczeliny ale dalej już prawie jak po linii prostej. Wypakowany plecak nie ciąży mi wcale czyli aklimatyzacja przebiega pomyślnie, za to jest trochę gorąco.
 Co jakiś czas oznaczam punkty na gps-ie, co prawda kiedy jest dobra widoczność, droga nie sprawia w zasadzie problemów orientacyjnych, jednak kiedy widoczność spada do kilkunastu metrów a śnieg zasypie ślady, wtedy może zrobić się niebezpiecznie.
Obóz pierwszy od strony południowej.
Po trzech godzinach jestem już w jedynce. Szybko  znajduję odpowiednie miejsc pod namiot i stawiam mój obóz. Tymczasem słońce już zaszło i robi się zimno. Nalewam więc szybko do garnka wodę z lodowca, póki jeszcze nie zamarzła i już w namiocie zabieram się za jakieś gotowanie. Wieczorem jeszcze rozstawia się obok mnie jeden Rosjanin, opowiada o wczorajszej akcji sprowadzania polskiego alpinisty który zasłabł w obozie drugim. Znam już tą sprawę. Zamieniliśmy parę słów kiedy sprowadzono go do bazy. Była to już druga jego próba na Chanie, podobnie zakończona, ale dodatkowo też tym razem zespół przeznaczony do poręczowania powyżej trójki musiał się przekształcić w zespół ratowniczy, co się wiązało ze sporym opóźnieniem w rozwieszaniu nowych lin.
Tymczasem planowo o dwudziestej łączę się jeszcze z bazą, i przygotowuję się na jutrzejsze wyjście do dwójki. Zasypiam około 22.00.

Śpi mi się jednak tej nocy bardzo źle i decyduję się następnego dnia na odpoczynek. Dużo leżę, coś tam sobie naprawiam, gotuję i słucham audiobuka M.Kamińskiego "Moje bieguny" oraz przyglądam się przy pięknej pogodzie na Chana. Dzień leniwie mija a
Początek żlebu.
następnego dnia muszę wyjść bardzo wcześnie, tak aby pod seraki odgradzające obóz drugi dotrzeć zanim słońce nie zacznie przygrzewać zbyt mocno.
Droga prowadzi przez ogromny żleb pomiędzy Chanem a Pikiem Chapayewa, prawie codziennie schodzą tędy mniejsze lub większe lawiny. Nawet  kilka dziennie.

Lawina schodząca z P.Chapayewa wprost 
na drogę przed obozem II.
W 2004 r. ze stoków Chapayewa na grupę około pięćdziesięciu alpinistów zeszła ogromna lodowo śnieżna lawina. Pod śniegiem zginęła piątka Czechów, trzech Ukraińców trzech Rosjan, a wiele innych osób jest mniej lub bardziej poturbowanych. Akcja poszukiwawcza, ze względu na trudne warunki pogodowe trwała prawie tydzień. 









Szczeliny na początku drogi.
30.07. Pobudka o 3.30. Czuję się dobrze i jestem wypoczęty, przydał się ten dzień odpoczynku. Jednak jeszcze się jakoś nie przyzwyczaiłem do sprawnego zwijania i przenoszenia całego obozu. W efekcie wychodzę dopiero o 5.15. Tempo mam dobre i najbardziej zagrożony odcinek pokonuję dosyć sprawnie. Idę sam i muszę bardzo uważać na szczeliny. Na szczęście są odsłonięte.
 Mijam piękne lodowe, obrośnięte soplami, formacje. Nikogo więcej po za mną tu teraz nie ma. Dopiero wyżej spotykam kilku schodzących Rosjan.
Na seraku.
Droga do II przez tzw. "butelkę"


Kiedy docieram pod serak, jest prawie południe. Wpinam do poręczy jumara, zakładam prusiki i zaczynam walczyć z grawitacją. Oj, łatwo to nie jest, zwłaszcza na pierwszych metrach gdzie serak jest przewieszony. Na szczęście nikogo więcej tu nie ma, nikt nie czeka na linę. Nie często się to zdarza.
       Długo schodzi mi na tym odcinku. Wciągnięcie siebie razem z trzydziestokilogramowym plecakiem daje porządnie w kość. Potem jeszcze tylko i aż, podejście bez trudności technicznych, czyli mozolne brnięcie pod górę i wreszcie jestem w dwójce. Stoi już trochę namiotów.
     Znajduję wolną platformę, ktoś musiał parę godzin wcześniej zwinąć się z tego miejsca, jest w sam raz na mój nieduży namiot. Obok stoi czerwony Hi Mountain, to namiot dwójki Polaków których wcześniej spotkałem. Też mieli w planach Chana i Pobiedę ale z tej drugiej zrezygnowali.
     Jestem zmęczony, robię coś szybko do picia i jeszcze szybciej zasypiam. Jest jeszcze wcześnie i ciepło, nawet nie wchodziłem do śpiwora. Śpi mi się doskonale ale po jakichś dwóch godzinach budzi mnie chłód, słońce szybko tutaj chowa się za wysoką granią Piku Chapayeva. Jest około szesnastej, wstaję szybko i biorę się znowu za gotowanie, trochę zgłodniałem. Jest dobra bezwietrzna pogoda. Wystawiam na zewnątrz namiotu sprzęt do gotowania i wrzucam do garnka kawałki zlodowaciałego śniegu. Woda zaczyna się wytapiać a ja przyglądam się na Pik Pobiedy.


Następnego dnia w planach mam zejście bezpośrednio do bazy, z pominięciem jedynki. 
31.07. Budzik w telefonie nastawiam na 4.30, ale kiedy dzwoni przestawiam go jeszcze o godzinę. W rezultacie wstaję dopiero po szóstej. Późno, ale jakoś nie najlepiej się czuje. Zamiast wypoczynku czuję zmęczenie. 
Na szczęście omija mnie składanie namiotu i targanie wszystkiego do bazy. Zostawiam tu jeszcze zapas gazu, jakieś ubranie i trochę jedzenia. Wszystko to będzie mi potrzebne w dalszej działalności, powyżej dwójki.
Obóz II
Serak pokonuję bardzo sprawnie, dwoma zjazdami, jeszcze nikogo nie było na poręczówkach o tej porze.
Schodzę szybko do jedynki poniżej której lodowiec przechodzę w innym miejscu jak biegnie droga i w rezultacie, już po pięciu godzinach jestem w bazie.
   Czuję się świetnie, jest fajnie. Przyda mi się trochę odpoczynku. Mycie, pranie potem obiad.

01.08. Godzina 19.00, niebo jest bezchmurne, ale kiedy zachodzi słońce temperatura szybko zaczyna spadać. Zrobiło się pięć stopni poniżej zera, nawet nie myślę jaka jest teraz w okolicach szczytu. Za chwilę zjem kolację i pakuję się do śpiwora. Znalazłem ostatnio prosty sposób aby od spodu nie kumulował wilgoci; rozkładam na karimatę kurtkę i spodnie z gore'tex-u.  Śpiwór po nocy jest od spodu suchutki, całą wilgoć parującego ciała odsysa kurtka i spodnie. Materiał oddychający !
03.08. Siedzę już drugi dzień w prawie pustej bazie, została tylko jej etatowa obsługa no i ja. Wszyscy wynieśli się do wyższych obozów albo odlecieli helikopterem już w dół.
Pakuję się i uciekam  do jedynki, mam już dość siedzenia tutaj. Niestety szybko psuje się pogoda, od dolin nadciągają brzydkie chmurzyska.
Wychodzę. Droga nie jest ani długa, ani skomplikowana, mam też całą oznaczoną na gps-ie. Po półgodzinie robi się zupełnie biało. Sypie gęsty śnieg połączony z silnym wiatrem a widoczność spada do kilku metrów. Co chwila sprawdzam gps-em swoją pozycję a kijkami szczeliny. Jednak chwila nieuwagi, zapatrzenie w gps, skutkuje przygodą w szczelinie. Szczęśliwie dla mnie, była cała wypełniona śniegiem, że też ląduję tylko jedną nogą, prawie po pas w białym puchu.

Po dłuższym niż zazwyczaj czasie docieram do obozu pierwszego. Wiejący dosyć silny wiatr, przy okazji przegonił też prawie wszystkie chmury. Przez dłuższą chwilę szukam jeszcze zielonego namiotu Vaude, należącego do jednego z Austriaków. Mam spędzić w nim noc, mój namiot został w dwójce. Dłuższe poszukiwania namiotu w rozległej jedynce przynosi rezultat, znajduję go ale co do koloru w jakim miał być,  jest mu daleko. Jego zieleń wyblakła już chyba z dziesięć lat temu i swoje lata świetności ma już dawno za sobą, ale spać mam gdzie. Po chwili dociera do obozu także Rosjanin z którym w tym samym miejscu uciąłem sobie kilka dni temu pogawędkę. Podobnie jak ja, też wchodzi na Chana sam.

04.08. Pobudka. Jest trzecia rano.Chcę wyjść jeszcze zanim się rozjaśni, niestety na ten sam pomysł wpada dosyć liczna grupa Rosjan, która dotarła do jedynki zaraz po moim przybyciu. Podchodzę szybko pod żleb, idzie mi się dobrze chociaż jest bardzo zimno. Szybko pokonuję odcinek do zaporęczowanych seraków, jednak mój pośpiech nie do końca się opłacił ponieważ muszę teraz czekać. Długo czekać.
Przede mną duża zorganizowana grupa Rosjan opanowała serak, w międzyczasie też kilka osób chce zjechać z dwójki.
Ostatecznie tkwię w tym miejscu równe trzy godziny, na szczęście nie jest już zimno ale od jakiegoś czasu wali gęsty śnieg. Sypie, i przez to obok naszego miejsca zaczynają zsuwać się spore pyłówki. Przestaje kiedy dochodzi moja kolej.
Zator na poręczówkach przed obozem II
Kiedy przechodzę najcięższy odcinek, okazuje się że na drugim odcinku liny zaklinowała się młodziutka Rosjanka. Obwieszona szpejem, którego nie potrafiła wykorzystać. Znowu trzeba odstać swoje na małej półeczce i czekać aż ktoś z góry przyjdzie i jej pomoże.
Wreszcie jakoś udaje mi się wyjść ponad te trudności. Jeszcze męczące podejście do dwójki w głębokim śniegu, na szczęście częściowo przetorowanym Częściowo ponieważ schodząca wcześniej grupa bezsensownie zniszczyła ślady. Po jakimś czasie jestem już w obozie drugim. Nareszcie !
 Był to najgorszy dzień mojego dreptania po stokach Chana. Na szczęście mój namiot  już na mnie czeka, muszę go tylko jeszcze tylko trochę odkopać i poprawić naciągi. Potem już tylko gotowanie i szykowanie się na jutrzejsze podejście na przełęcz. Zaplanowałem tam swój obóz trzeci, chociaż większość wybiera miejsce tuż pod przełęczą. Tu namioty nie są tak narażone na ewentualne huraganowe podmuchy wiatru które zdarzają się na przełęczy, ale po pierwsze spanie pod takim serakiem jakoś nie uśmiecha mi się, to po drugie przy ataku szczytowym podejście znacznie się wydłuża.
Tymczasem pod wieczór znowu się przejaśnia, ukazuje się przepiękny widok na Pik Pobiedy.
Jutro znowu czeka mnie podejście, znowu z ciężkim plecakiem, i to po raz pierwszy na tą wysokość.

04.08. Rano nie śpieszę się, nie muszę. Droga nie jest ani specjalnie długa ani trudna, jest wręcz upierdliwie prosta, jedynym chyba plusem jest to że jest bezpieczna. Kiedy wychodzę na rozległe plato poniżej przełęczy zachodniej, słońce grzeje już niemiłosiernie mocno. Coraz bardziej odczuwam przygniatający ciężarem plecak, idzie mi się naprawdę źle i ciężko. No cóż, aklimatyzacja. Jestem na wysokości na jakiej jeszcze nie byłem więc nic dziwnego, powoli krok za krokiem, robiąc coraz częściej postoje, idę dalej i wyżej.
Wymija mnie czwórka Irańczyków a ja patrzę z zazdrością na ich niewielkie, w porównaniu z moim, plecaki. Oni przynajmniej mogą rozłożyć między sobą cały ekwipunek, ja wszystkie klamoty niosę sam. Niestety w pojedynkę nie jest łatwo.
Docieram do pierwszych namiotów pod samą przełęczą. Niektórzy wybierają to miejsce na obóz trzeci, jest ich większość. Obóz na samej przełęczy cieszy się mniejszą popularnością, chyba ze względu na wiatry które mogą tu być mało przyjemne.
 Czekam jeszcze aż Irańczycy zwolnią poręczówkę i wpinam się w nią. Jest to najbardziej stromy odcinek wyprowadzający na przełęcz od strony południowej. Stromy odcinek pobudza mnie w porównaniu z deptaniem po płaskim, idzie mi się teraz znacznie lepiej.
Przed dwunastą docieram do środka przełęczy. Rozstawiam tu swój namiot. Irańczycy też już się instalują, ja wybieram miejsce obok, muszę jeszcze poszerzyć i odbudować murek ze śniegu, który będzie, mam nadzieję, osłaniał mój namiot przed wiatrem.
Po jakimś czasie siedzę już w namiocie. Wysokościomierz wskazuje wysokość 5700 m, jest godzina 12.30
   
     Pogoda jest trochę jakaś niepewna, wiatr i chmury. Co prawda wiatr nie jest mocny a przez chmury cały czas przebija słońce, ale nie wiadomo co może z tego wyniknąć przez noc .
 Rozstawiam na zewnątrz przyrządy do gotowania a łopatą wrzucam do garnka grudy zlodowaciałego śniegu. Muszę przygotować dużo wody.
Po wszystkim pakuję się do namiotu, jem jeszcze pure ziemniaczane z wołowiną i układam się wygodnie na śpiworze. Słucham muzyki z mp3  i przyglądam się na ten cały swój majdan który tu wniosłem, jest tego wszystkiego dużo, zbyt dużo. Następnym razem trzeba będzie lepiej to rozplanować.
Muszę jeszcze przygotować się na jutrzejszy atak szczytowy. Niestety będę miał tylko jedną noc spędzoną w trójce, co za tym idzie aklimatyzacja będzie słaba, oby nie za słaba. Trzeba jednak spróbować wykorzystać to okno pogodowe, jak nadejdzie. Jeżeli nie, to droga w dół.

05.08.  Piękne rozgwieżdżone niebo, zero wiatru. Czuję się dobrze, jestem wypoczęty i pogoda na atak szczytowy też jest idealna.
Szybko przygotowuję coś do picia, trochę jem. Grube polarowe spodnie, spodnie z membraną, buty, dwie lekkie puchówki, uprząż, łapawice kask etc. Samo ubieranie się o tej porze jest najgorsze.
 Wychodzę przed godziną piątą. Jest zimno. To normalne tu i o tej porze. Przede mną mogocze już trochę punkcików na górze, najwyższe są już gdzieś w okolicach dolnych partii skalnych. To Irańczycy którzy wyszli chyba gdzieś o drugiej.
 Idzie mi się jakoś nie za dobrze, najgorsze jest to podejście, kiedy trzeba iść w monotonnym terenie dopóki nie wyprowadzi pod skały. Tam już będzie ciekawiej, chociaż nie łatwiej. Dobrze że jest jeszcze ciemno, człowiek mniej ogarnia tego ile ma jeszcze do przejścia.

Jeszcze w chłodnym cieniu.
  Po około półtoragodzinnej drodze, dochodzę do pierwszych trudności grani, na szczęście z rozwieszonymi kilka dni wcześniej, przez ekipę Gleba Sokolova, nowymi linami poręczowymi. Słońce zaczyna już oświetlać w okolicach 6000 m, w tym i ogromną grań Piku Pobiedy. Niedaleko też, po prawej stronie ciągnie się Marmurowe Żebro.
Przechodzę obok małej platformy na której ktoś rozstawił obóz czwarty, ponad nim jest kilka trudniejszych miejsc w których trochę trzeba się podciągnąć. W pewnym momencie jednemu Rosjaninowi odpina się od buta rak i spada parę metrów w dół. Gdyby nie idący poniżej Fredrik ze Szwecji, chłopak mógł by mieć bardzo poważny problem. Udaje się jednak odnaleźć i wynieść wyżej do pechowego właściciela.
Następnie droga przebiega przy pionowej ścianie na której wiszą trzy metalowe tabliczki upamiętniające ofiary Chana. Poniżej zaś leży, wtopione już w lód, ciało polskiego alpinisty który zginął tu chyba trzy lata temu.
  Pokonuję jeszcze skalny uskok i robię chwilową przerwę. Czas na  batonik energetyczny i uzupełnienie płynów. Jest godzina 9.30 zostało jeszcze jakieś trzy i pół może cztery godziny do szczytu. Dalej łatwiejszym technicznie odcinkiem i przetrawersować do kuluaru wyprowadzającego w partie pod szczytem. Nie ma co, w kuluarze trzeba się napracować. Przy wejściu jest trudny skalny uskok, następnie trzeba się wspiąć po stromym śnieżnym płacie pod samą ścianę i przetrawersować w prawo by wydostać się na pięknie rozświetloną przez słońce wąską grań. Ten kuluar, a zwłaszcza ta wąska, zakończona stromymi skałami grań ponad nim, to chyba najtrudniejsze miejsca na tej drodze. Czuję już wpływ wysokości a zwłaszcza braki w aklimatyzacji. Najcięższą jednak jeszcze robotę mam przed sobą.
 Po jakimś czasie wydostaję się na śnieżny stok pod szczytem. Nie jest już tak stromy jak niżej ale za to jest tu dużo więcej śniegu a zmęczenie mocniej daje znać o sobie. W ubiegłym roku pokonałem ten odcinek do szczytu dużo szybciej, miałem dobrą aklimatyzację z Lenina, teraz dosłownie co krok umieram.
Staram się robić pięć kroków potem chwilę na wyrównanie oddechu, ale po pewnym czasie pięć kroków staje się zbyt dużym obciążeniem.
 Teraz robię dwa kroki i umieram ze zmęczenia, jestem bardzo słaby. Gdyby nie doskonała pogoda, pewnie musiał bym zawrócić. Gdyby pojawiła się tylko w głowie myśl że nie warto, pewnie też bym zawrócił,  chociaż to tylko pięćdziesiąt metrów od szczytu. Krok za krokiem i w końcu wychodzę na płaski teren. Podchodzę do zainstalowanego tu metalowego trójnogu do którego jest przymocowany drewniany krzyż.
     Koniec wspinania się. Jest godzina 13.45.
Udało się, jestem na szczycie !
 Drugi raz stoję na wierzchołku Chan Tengri.



Ostatnie metry podejścia , dla mnie początek zejścia.
Jestem trochę jak by oszołomiony, wpływ zmęczenia i wysokości nie daje w pełni nacieszyć się widokami, chociaż widoczność jest wspaniała. Obok mnie jest grupa Irańczyków oraz chłopak z Czech któremu daję aparat aby zrobił mi kilka pamiątkowych zdjęć. Rewanżuję się mu tym samym i szybko zaczynam schodzenie. Pora na mnie. Piętnaście minut na szczycie i trzeba schodzić, by nie robić tego po ciemku.
Na szczęście mam taki odruch który nakazuje mi jak najszybciej schodzić, pomimo pięknej pogody, niesamowitych widoków oraz zmęczenia i pozornego odpoczynku na tej wysokości.
 Schodząc mijam podchodzących jeszcze i cieszę się że mam to już za sobą. W dół idzie się zdecydowanie lżej ale za to trzeba bardziej zwracać uwagę na każdy krok, jest dużo łatwiej o potknięcie, o jakiś błąd.
 Po kilkunastu minutach, przed zejściem w trudny odcinek, natykam się na leżącego kilka metrów od drogi, Irańczyka. Leży jak by był martwy. Wołam do niego, zachęcam go do zejścia, staram się w miarę możliwości jakoś go ściągnąć z tego miejsca ale wykazuje objawy choroby wysokościowej i jest zupełnie bez sił. Łączę się przez radio z bazą jednak nic nie są w tym przypadku zrobić. Zostawiam go i czekam jeszcze chwilę aż pojawią się jego kompani którzy dosyć długo zostali na szczycie pozostawiając go samemu sobie, wołam do nich że muszą jak najszybciej go zabrać na dół ale z tutaj z Irańczykami zawsze jest jakiś problem. Nie rozumiem tego jak wspinający się zespół może zostawić tak jednego.
Robi się późno, schodzę. Udaje mi się pokonać trudne odcinki w okolicach kuluaru. Jestem zmęczony ale jak najszybciej mogę, przepinam się na zjazdach i aby tylko w dół. Straciłem tam dużo czasu.
 Docieram do uskoków, ktoś rozstawił namiot, tam gdzie leży wtopione w lód ciało Polaka. Jestem tym trochę zszokowany, czy ktoś z niewiedzy to zrobił, czy rozmyślnie nie jest to w porządku, tym bardziej że nie da się nie poczuć fetoru rozkładającego się ciała kiedy zaczyna palić słońce. Niektórzy za wszelką cenę próbują wejścia na ten szczyt.
Z daleka widzę czekający na przełęczy mój namiot. Niestety, jest jeszcze bardzo daleko. Po dłuższym odpoczynku na skalnej półce, dalej pokonuję zjazdami pozostałe odcinki i powoli docieram do przełęczy. Przede mną jeszcze powolne brnięcie ostatnich metrów przed obozem. Ciągnie się to w nieskończoność, jeszcze podejście do góry i przed godziną dwudziestą udaje mi się dojść do namiotu.
  Padam ze zmęczenia na śpiwór. Zjadam coś, robię dokumentujące zdjęcie, rozbieram się i wpełzam do śpiwora. Zasypiam momentalnie.

06.08. Następnego dnia budzę się dopiero przed dziesiątą, pogoda jest piękna.
 Wczoraj, kiedy byłem na szczycie była też piękna, ale jakoś schodziło to na drugi plan, przestawało się właściwie liczyć. Teraz jest inaczej, to że jest piękna pogoda, liczy się chyba najbardziej. Wczoraj wszystko chyba zagrało, chociaż mogło by być mniej ludzi, mogłem mieć lepszą aklimatyzację, mogłem może tez być szybszy, ale chyba najważniejsze było to, że byłem na szczycie.
Cholera, znowu wszystko trzeba spakować do jednego plecaka, znowu trzeba założyć to wszystko na siebie i wszystko to znieść na sam dół, do bazy. Jeżeli chodzi o odcinki najbardziej przyjazne przy schodzeniu to droga z trzeciego obozu do dwójki jest pod tym względem idealna. Lekkie nachylenie, nie licząc jednego stromego miejsca wyprowadzającego na przełęcz, przy odpowiednich warunkach sprawia że schodzi się łatwo i przyjemnie.

Okolice Piku Pobiedy w zachodzącym słońcu.
Do dwójki docieram bez pośpiechu, dopiero przed szesnastą. O tej porze obóz jest już cały w chłodnym cieniu, za to znowu wita mnie przepiękny widok okolic Piku Pobiedy. Siadam sobie wygodnie w namiocie, gotuję, jem , piję, włączam sobie mp3 i przyglądam. Słońce prawie już zachodzi a kolory robią się coraz ładniejsze. Widok jest przepiękny. Kiedy dołożyć jeszcze do tego niesamowitą muzykę z płyty Liquid Considance Lisy Gerard, dzieje się coś od czego nie można oderwać oczu. Zamykam namiot kiedy jest już zupełnie szaro i zimno.
Dzień się kończy. Jutro wracam już do bazy.
 
07.08. Wychodzę parę minut po szóstej rano. Po parunastu minutach szybko pokonuję serak i dalej w dół żlebem przez butelkę do obozu pierwszego. Po drodze ponownie spotykam Fredrika, też wczoraj był na szczycie.
 W jedynce jeszcze chwilka odpoczynku i dalej przez lodowiec do bazy. Godzina dwunasta. Uff, to już koniec mojej wędrówki po stokach Chana, pora na kilka dni odpoczynku
.
Po zejściu. Okolice bazy.





Baner



















2 komentarze:

  1. Zachęcasz. :)
    Tak i ja zrobię.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Jasne że zachęcam. To piękna góra.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wpis.